Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

You can enable/disable right clicking from Theme Options and customize this message too.

Book Online

* Please Fill Required Fields *
Find us on Facebook

Jeszcze jeden pejzaż Chełmońskiego…

Przygody / No Comment / 4 lipca 2018

27 października tego roku rozpoczął się zwyczajnie, jak każdy inny jesienny dzień – od szerokiego spojrzenia na świat przez okno na godzinę przez wschodem słońca. Okno tym razem nie znajdowało się w moim domu, ale w pięknym dworze moich przyjaciół w Radoniach niedaleko Grodziska Mazowieckiego. Tego dnia pierwsze promienie naszej gwiazdy miały rozświetlić świat punktualnie o 6.23. Po porannej kawie ruszyłem autem w poszukiwaniu interesującego światła i mgieł, które czynią świat magicznym… Kierowałem się w stronę pięknej alei prowadzącej przez las, którą wypatrzyłem już dzień wcześniej. Wtorkowe niebo było czyste, ale mgły nigdzie nie mogłem wypatrzeć. Po przejechaniu 10 kilometrów minąłem zagajnik i dojechałem miejsca, gdzie nad niewielką niecką unosił się jeszcze nocny opar. Liczyłem na to, że mgła utrzyma się na dłuższym odcinku i spowije drogę aż celu mojej wyprawy. Niestety, ledwie kilka kilometrów dalej nie było po niej nawet śladu. Coś mi powiedziało: wracaj! Tak więc zrobiłem. We mgle znalazłem boczną drogę prowadzącą na wschód. Zaciekawiła mnie i instynktownie ruszyłem w tę stronę. Po przejechaniu kilometra poczułem… klimat lata, a przede mną rozpościerało się pole z dojrzałym do żniw żytem. Czyżby w tym punkcie świata pory roku miały inną kolejność? Poczułem się jak podróżnik, który odkrył baśniową krainę. Jechałem coraz bardziej zaintrygowany. Po chwili moim oczom ukazała się piękna, oświetlona promieniami porannego słońca aleja, na końcu której można było dostrzec niewielki las. To było jak zaproszenie, którego nie mogłem nie przyjąć. Zostawiłem samochód przy drodze i dalej ruszyłem pieszo, trzymając w ręce aparat. Na końcu alei stał drewniany dworek. Mnie jednak najpierw zaciekawiły rozsiane w okolicznym lesie małe domki. Poczułem się przez chwilę jak zagubiony wędrowiec, który trafił do krainy hobbitów. Okazało się, że jest to stara, porzucona pasieka. Promienie słońca, które z łatwością przebijały się przez prawie nagie już konary drzew, tchnęły życie w drewniane ule na tę jedną wyjątkową chwilę. Fotografowanie o świcie, we mgle to nieustanne podążanie za światłem, to wypatrywanie zjawisk świetlnych, które w fotograficznym slangu nazywamy laserami. Szukając właśnie tego trafiłem do sadu otaczającego dworek. Tylu pięknych motywów do utrwalenia już dawno nie spotkałem. Światło prowadziło mnie coraz bliżej domu i w końcu dostrzegłem przygotowującą się do przejażdżki rowerowej młodą kobietę. Przedstawiłem się, wspomniałem o swojej pasji, która mnie tu przywiodła i poprosiłem o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć domu i ogrodu. Kobieta uśmiechnęła się i zapytała, czy wiem, kto mieszkał w tym pięknym miejscu. Musiałem przyznać, że trafiłem tu przypadkowo, a okolicę znam słabo. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu dom wraz z aleją, laskiem i urokliwą pasieką należał niegdyś do Józefa Chełmońskiego, a moja rozmówczyni okazała się praprawnuczką tego wielkiego malarza. Chełmoński kupił majątek po powrocie z Paryża w 1889 roku i mieszkał tu aż do 1914 roku, do swojej śmierci. To miejsce sprawiło, że zerwał ze swoim dotychczasowym życiem, stał się bardziej oddany naturze, co zaowocowało powstaniem jego najwybitniejszych prac „Kuropatwy”, „Bociany”, „Orka”, „Jastrzębie”, „Cisza nocna-anioł”, „Burza” czy „Matka Boska Częstochowska”. Cóż za niesłychany i radosny dla mnie szczególnie zbieg okoliczności… Stałem oszołomiony i szczęśliwy. Od początku mojej drogi fotograficznej nigdy nie chciałem podpatrywać pracy innych fotografów, by podświadomie nie stać się zwykłym naśladowcą. Pragnąłem być twórcą, a inspiracji szukałem właśnie w malarstwie. Józef Chełmoński ze swoim wrażliwością zawsze był jednym z moich ulubionych malarzy. Jego widzenie świata jest mi bardzo bliskie. Gdy bywam w Krakowie, lubię wstępować do Galerii w Sukiennicach i zamyślić się przed pędząca wprost na mnie „Czwórką” Chełmońskiego… Im dłużej o tym myślę, nabieram przekonania, że ten poranek nie był zwykłym przypadkiem. To raczej znak, że zawsze warto podążać własną drogą – nawet jeśli trzeba zboczyć z głównego traktu – kierując się w życiu i tworzeniu intuicją i sercem.